Arkadiusz Peisert
„Dynastia" czy „grupa znajomych" - jaka jest polska rodzina?
Gdy 2 lata temu brałem udział zjeździe mojej rodziny „po mieczu”, mottem znalezionym w literaturze przez moją ciocię i „duchową przywódczynię” rodu brzmiało: „rodzina nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej nie ma, samotnyś jak pies”. Motto bardzo neutralne, traktujące rodzinę bez namaszczenia, z lekkim dystansem ale i sympatią. Bardzo dobrą intuicję i wyczucie miała moja ciocia, nota bene społecznik i wolontariusz poradni rodzinnej, gdyż, jak wskazują badania „Rzeczpospolitej”, ze stwierdzeniem „nieważne, jaka jest rodzina, ważne, żeby była, samotność jest najgorsza”, zgadza się 75 % badanych. Polacy bardzo obawiają się samotności, na tyle, że są skłonni akceptować nawet nieudane życie rodzinne.
Zjazd odbył się bez patosu, typowego dla bardziej odświętnych uroczystości, takich jak ślub czy pogrzeb. Taka była idea Zjazdu, już od kilku lat wyrażana była przez wujków i ciocie w postaci hasła„spotykamy się głownie na pogrzebach, czasem na ślubach, spotkajmy się kiedyś w swobodniejszych okolicznościach, w których będzie można spokojnie się nagadać”. Jak pokazują badania CBOS, spotkania rodzinne Polaków najczęściej mają miejsce w święta (od 89 % do 96% wskazań w zależności od rodzaju święta) lub imieniny lub urodziny (88 %). Nasi bliscy i dalsi krewni to czasem bardziej „towarzysze rytuału” niż bliscy.
Był to pierwszy i jak dotąd jedyny zjazd rodu Peisertów. Niemałą rolę odegrał tu internet, który pozwolił odnowić i „uwspółcześnił” dawne kontakty rodzinne. Również coraz większa łatwość, z jaką sięgamy po kieszonkowy telefon komórkowy, spowodowały, że niczym łańcuszek świętego Antoniego, pomysł zjazdu rozprzestrzenił się i został doprowadzony do szczęśliwej realizacji. Spotkały się osoby dobrze sobie znane, ale także takie, które nigdy się nie widziały, a nawet, tu głównie młodsze pokolenie – nie wiedziały o swoim istnieniu. W jednym miejscu spotkała się pracownicy naukowi i rolnicy, emigranci i mocno osadzeni działacze samorządowi, wreszcie osoby traktujące rodzinę jak świętość i takie, które z trudem odnajdywały się w szerszych okolicznościach rodzinnych.
Daleko nam już do szerokich rozbudowanych rodzinnych klanów bałkańskich czy bliżej - góralskich. Starszeństwo i stopnie pokrewieństwa są już coraz bardziej ciekawostką dla dzieci i młodzieży niż powodem do uniżoności wobec starszych i wyznacznikiem pozycji wobec siebie. Coraz większe znaczenie, jak wnoszę z obserwacji mojej rodziny, mają osobiste, nieraz bardzo stare i „zakurzone” sympatie wzajemne określonych osób, często po prostu zbliżonych wiekiem, choć odległych pokrewieństwem.
Wzrastająca popularność zjazdów rodzinnych wskazuje, iż nie jest z Polską rodziną tak źle, jakby na to wskazywała rosnąca liczba rozwodów. Od roku 2004 obserwować można wyraźny wzrost liczby rozstań, w 2006 r. sięgnęła ona już 8,1 rozwodów na 1000 istniejących małżeństw (w latach 1970-2003 mieściła się w granicach 4,1-5,6). Liczba rozwodów wzrosła ostatnio z 49 tys. w 2003 r. do 72 tys. w 2006 r, (choć ostatnio ten wzrost uległ zahamowaniu – może to wpływ kryzysu?). Tę kilkuletnią popularność rozwodów tłumaczyć można otwarciem rynków pracy w kilku krajach europejskich i skokowym wzrostem emigracji zarobkowej. Pojawienie się możliwości awansu materialnego spowodowała, że część emigrantów uwierzyła, że jest w stanie sobie „ułożyć życie” lepiej, niż do tej pory. Przysłowiowe „zerwanie się z łańcucha” nie w każdym przypadku skończyło się pełnią szczęścia, choćby z powodu tego, iż w wielokulturowych społeczeństwach krajów, do których ruszyła najsilniejsza fala emigracji, małżeństwo pełni inną rolę niż w naszym społeczeństwie, co widzieć możemy np. w fikcyjnym, ale w jakimś stopniu oddającym realia serialu „Londyńczycy”.
Fala rozwodów to wreszcie efekt głębokiego dysonansu poznawczego, jakiego doznają, często młodzi, emigranci zarobkowi. Z jednej strony konserwatywne środowisko polskiej prowincji, gdzie obserwowali bardzo przewidywalne życie swoich rodziców, dziadków, którzy, raz żeniąc się i zasiedlając mieszkanie, poruszając się jednym torem do końca swoich dni, pocieszenie w szarym, pełnym niespełnień życiu znajdywali w szerokiej gromadzie dzieci, zięciów, synowych i wnuków. Z drugiej strony stykają się z dynamiką, wielobarwnością i możliwościami życia, jakie oferuje zachodnioeuropejskie społeczeństwo. Ta mieszanka może doprowadzić do pęknięcia, które w przypadku młodych emigrantów, którzy (w pojedynkę lub z małżonkiem) wyemigrowali, może zakończyć się rozwodem. Nadchodzący kryzys i spadek liczby miejsc pracy może zaowocować również takim spadkiem, jakiego byśmy sobie życzyli – spadkiem rozwodów. W ciągu ostatnich 40 lat bowiem najniższą liczę rozwodów – 28 tys. odnotowano w roku najtrudniejszym dla polskiej gospodarki i społeczeństwa – 1993 r.
To, że wciąż jesteśmy społeczeństwem relatywnie ubogim w odniesieniu do średnich wartości w Unii Europejskiej powoduje większą trwałość związków rodzinnych. Jak pokazują badania „Rzeczpospolitej”, wśród problemów stojących przed rodzinami Polacy najczęściej wymieniają zagrożenia natury materialnej. 41% za główne zagrożenie uznaje brak środków na godne życie, kolejne 28 % - brak dobrze płatnej pracy, 19% zaś, że choroba jednej z osób (co pośrednio sprowadza się do kosztów związanych z leczeniem). Wszystkie te zagrożenia to jednak zagrożenia zewnętrzne względem relacji rodzinnych. Nie ma tu mowy o różnicach charakteru, zdradach małżeńskich, karierze zawodowej itd. Jedynie 12 % wskazywało, iż zagrożeniem jest brak czasu i zbyt słaby kontakt z rodziną. Z drugiej strony, 28 % nie wskazuje żadnych zagrożeń. Polacy zatem albo nie doświadczają typowego dla zmian cywilizacyjnych słabnięcia więzi rodzinnych, albo nie chcą lub nie potrafią o nich rozmawiać z ankieterami.
Rodzina, to jednak „szczęście konieczne”, niejednokrotnie utrapienie. Nawet na ulicy czy w kolejkach można z ust starszych osób usłyszeń „mam Krzyż Pański z tym moim mężem, dziećmi, etc.” Rodzina to dla wielu Polaków studnia rozczarowań, życiowych niespełnień, o których się nie mówi wprost, a na pewno nie ankieterom na ulicy lub przez telefon. Możemy się tylko domyślać, jakie myśli respondenci wiązali ze stwierdzeniem „chciałbym, aby w rodzinie mojego dziecka było inaczej niż w mojej” z którym zgodziło się 38% badanych, kolejne 21% zaś nie miało zdania w tej sprawie.
Rzeczywiście, jest jakaś ambiwalencja w naszym stosunku do życia rodzinnego, która przekłada się obecnie na spadek liczby dzieci. W 1970 r. małżeństwa z dziećmi stanowiły 67% rodzin, w 2002 już tylko 56%. Mimo wielu ciepłych wspomnień i myśli o naszym domu rodzinnym, coraz więcej osób nie decyduje się na dzieci (inna sprawa – coraz więcej nie może ich mieć!). Współczesność oferuje nam coraz więcej atrakcji, czy to w życiu zawodowym, czy poza nim, które powodują że „domowe stadko” przestaje mieć dla nas ten powab, jaki miało dla pokolenia naszych rodziców.
Pobierz artykuł w formacie pdf (48KB)
| < Poprzednia | Następna > |
|---|



http://pl.youtube.com/watch?v=oXYskWSXdH0
Przechodząc do meritum tekstu, to rzeczywiście z tą rodziną bywa chyba różnie (stąd ambiwalentne odczucia). Niby dla większości z nas pełni ona ważną rolę w życiu, ale z drugiej strony sprawia nam dużo trudu i przynosi cierpienie. To chyba trochę tak jak z demokracją, ważna jest dla nas wolność i suwerenność, choć z drugiej strony denerwuje nas wiele rozwiązań systemowych (chociaż ile państw tyle rodzajów demokracji - podobnie jak z rodzinami:))
Co do rozwodów, to ciekawe będzie obserwować trendy w latach kryzysu. Czy rzeczywiście przyczyni się on do masowej reemigracji? Jeśli tak, to czy mimo tego liczba rozwodów spadnie? A może jest to głębiej zakorzeniona tendencja? Może być tak, ze widząc w rodzinie/małżeństwie szanse na zachowanie stabilności ekonomicznej, mniejszy odsetek Polaków zdecyduje się na rozbicie małżeństw, w których żyją. Czas pokaże...